"Czasem, kiedy przymknie się oczy, tak by nadmierne szczegóły nie rozpraszały świadomości, można zobaczyć o wiele więcej - ukryte wcześniej zależności, rytm - niespodziewane powtarzanie się rzeczy,wcześniej tak unikalnych i proste znaczenie, które wcześniej zdawało się w ogóle nie istnieć."

Za każdym człowiekiem podąża chmura- ciemna chmura niczym nie uzasadnionego smutku, rozpaczy i bólu istnienia. Jest z nim zawsze, raz bliżej, raz dalej lecz ciągle obecna. Co sprawia, że zbliża się do nas i tuli do swojego zimnego, mglistego ciała? Nie wiadomo. 


Kiedyś w liceum wahałam się pomiędzy wyborem dwóch utworów. Jeden bardziej melancholijny, "popowy", który miał się bardziej spodobać publiczności, a drugi klasyczny, skomplikowany technicznie-takie lubię grać i wiedziałam, że dobrze wypadnę wybierając właśnie ten. Jednak ostatecznie, kwestią jakiegoś szalonego losowania, wybrałam ten pierwszy. W tym poście nie chodzi mi jednak o wspominanie, ale o to jakie konsekwencje niosą na pozór trywialne wybory. W dalszej części historii, mój utwór spodobał się zapalonym reżyserom ze szkoły, którzy poprosili mnie o nagranie i wyrazili chęć umieszczenia go w swoim filmie. Zaczęłam wtedy szukać możliwości nagrania utworu, gdyż sama nie posiadałam i nadal nie posiadam odpowiedniego sprzętu. Napisałam do dwóch osób. W końcu wybrałam tą która mieszka bliżej. I jak to się skończyło? Prawie rocznym związkiem, który nadal trwa. Także wybór studiów był zdeterminowany poznaniem tej osoby.
(tu włączamy muzykę)

Kim więc teraz bym była gdybym wybrała utwór numer dwa?
W mojej głowie obrazy zaczynają odtwarzać się wstecz, w rytm przerażająco szybkiego preludium Bacha. Czy na każda decyzja tworzy alternatywny świat? Czy gdzieś zagrałam utwór numer dwa, czy może pojechałam nagrywać dalej? Czy w którejś rzeczywistości zabrakło mi odwagi żeby wystąpić? Czy jesteśmy w ogóle sobie w stanie wyobrazić zatrważającą ilość tych rzeczywistości? Teraz zastanawiając się na tym i przeszukując internet trafiłam na pojęcie "wieloświat". Idę w takim razie poszerzyć marne moje pojęcie na ten temat o wiedzę książkową i potwierdzić własne teorie.
Przepraszam, za ten chaos, ale niestety odzwyczaiłam się od pisania, ale staram się to nadrabiać :)
Jeśli ktokolwiek chciałby przybliżyć teorie kwantowego multiwszechświata, to bardzo proszę o kontakt.
A jak według was działa świat i czas? Czy są dwoma równoległymi liniami czy może plątaniną, albo raczej drzewem?
Jako, że temat mnie zainteresował (oczywiście wcześniej też miałam takie myśli, ale teraz jakoś dojrzałam żeby zgłębić wszystko naukowo) myślę, że w niedługim czasie pojawi się tu więcej informacji na ten temat.



Życie mi się dziwnie układa. W pewnych dziedzinach odnoszę niesamowite sukcesy (jeśli można to tak nazwać), dostaję aż za wiele i pławię się w niesamowitym szczęściu, a w innych czołgam się w rynsztoku porażek. Czy niedługo będę musiała porzucić swoje dotychczasowe "hobby" i zająć się czymś zupełnie innym, co w żaden sposób nie będzie przynosiło mi satysfakcji?- Bardzo możliwe. Staram się na razie o tym nie myśleć, ale wiem, że bliska konfrontacja jest nieunikniona. Pasmo porażek sprawiło też, że zaczęłam wątpić w to co robię. Jakakolwiek pewność siebie zniknęła, a w razem z nią- efektywność. Teraz w obawie przed kolejną porażką, nie stawiam pewnych kroków, a tylko obchodzę wszystko dookoła, nigdzie nie dochodząc.
Wakacje dopiero się rozpoczęły, ale mam parę sprecyzowanych planów. Wiem, że muszę zacząć malować. Niestety ciągle wymyślam sobie przeszkody- mam nadzieję, że wkrótce w przypływie jakiejś dzikiej inspiracji, rzucę się jak zwierzę na pędzel i farby, i uda mi się coś stworzyć. Póki co wegetuję (jednak udało mi się pozbyć moich największych pochłaniaczy czasu) i zastanawiam się jaką książkę przeczytać, jakie filmy obejrzeć i jaki utwór zacząć grać na pianinie. Wszystko jest w stanie "pre".
Może będę częściej tutaj pisać?
Jak często z sentymentem patrzymy w przeszłość i wspominamy magiczny świat dzieciństwa, gdzie wszystko wydawało się bardziej wspaniałe i nie pozbawione sensu. Wspomnienia prześladują nas w każdej chwili, kiedy przystajemy, podczas pędu dorosłości. Postanowiłam napisać powieść. Właśnie o dzieciństwie- o czasie kiedy wszystko było możliwe...

To był inny świat  Drzewa rosły wyżej, ptaki głośniej śpiewały, a w powietrzu była jakaś tajemnica, której teraz na próżno szukać we wszechogarniającym smogu. Noce były ciemne, a niebo usiane milionem gwiazd, których nikt nie próbował liczyć czy klasyfikować;  przyjmowano je jako nieodłączny element nieboskłonu  daleko poza naszymi granicami poznania. Ja tez bylem inny- niewinny, pozbawiony cynizmu nabytego wraz z gorzkimi doświadczeniami dorosłościPrzedzierałem się przez ten dziki i nieokiełznany świat odkrywając jego magie ukryta pomiędzy wysokimi trawami, skrzydłami motyli i w letnim deszczu.
    Pamiętam to jakby było wczoraj, a jednocześnie tysiąc lat temu, gdyż wydarzenia te były pozbawione jakiejś logicznej struktury, która teraz utrzymuje moje życie w konwencjonalnych ramach. Miarowo podskakujące warkocze mojej siostry i jej ulubiona sukienka w kropki znajdowały się jakby w innym uniwersum, blisko, a jednak daleko. Tak samo moje chude nogi, obute w stare, wytarte trapery, uważające by nie rozgnieść któregoś ze ślimaków, schowanego w wysokiej trawie. W tym wieku nie wiedzieliśmy co to strach, więc szliśmy przed siebie bez żadnej obawy. 
    Tego dnia była nas piątka- ja, moja siostra, bliźniaki z naprzeciwka i wilczur, który przybłąkał się do nas pewnej wiosny i teraz nikt nie wyobrażał sobie wędrówki bez jego radosnego towarzystwa. Szliśmy wyschniętym korytem rzeki, która przepływała tędy wiele lat temu i sprawiła, że rozpoczęto kolonizować te tereny- odległe od wszelkiej cywilizacji i niedostępne. Jednak rzeka zamieniła się w mały strumyczek, który pojawiał się tylko w bardziej deszczowe tygodnie. Pozostałością po niegdyś urodzajnej i gęsto zaludnionej krainie, było wiele opuszczonych chat,które stały się miejscem do zabawy dla dzieci- w tym mnie- lokalnej, wiejskiej ludności, która była tu przed industrialnym skokiem i po jego upadku, oraz stary młyn, będący celem naszej wędrówki. Przestrogi rodziców o zamieszkujących tam potworach powstrzymywały nas przez wiele lat, przed spenetrowaniem tego rozpadającego się budynku, lecz dzisiaj nic nie mogło nas powstrzymać. Poza tym mieliśmy psa, który bez problemów przegoniłby wszelkie zmory stojące nam na drodze. 



 Sen przeplata się z jawą. Czy biorę prawdziwy oddech czy może moje płuca wypełnia niezidentyfikowana materia urojeń? Jak dowiedzieć się czy znajdujemy się w jednym, wielkim fantasmagorycznym przedstawieniu czy naprawdę istniejemy? Jaki jest sposób na urzeczywistnienie rzeczywistości? Czy może należy, według myśli Shulza, uciec w deformację, magię i zjawiska nadprzyrodzone? Bo czy świat nie staje się bardziej realny, gdy go trochę odrealnimy? Nie możemy nazywać rzeczy po imieniu, bo czym jest „dom”, czym „człowiek”, a czym „Musca domestica”? 

Pustymi słowami nie niosącymi ze sobą niczego poza utartymi społecznie pojęciami. Czy człowiek to nie „kawałek mięcha, z kostnym stelażem, opakowany skórą”? Czy zachód słońca to nie pożar horyzontu? Ja chcę tak myśleć- wyglądać za okno i widzieć pociągnięcia pędzla na niebie. Realność jest nierealna jakkolwiek głupio to nie zabrzmi. Ciągle trzeba szukać nowego, zapominać o tym co już jest. Jak sam Einstein powiedział Czysto logiczne rozumowanie nie da nam żadnej wiedzy o realnym świecie.”. Trzeba wykazać się wyobraźnią, dzięki której właśnie urealnimy naszą rzeczywistość. Zapomnieć o tym co zostało już stworzone i samemu zacząć tworzyć. Nie zdołamy zrozumieć świata, nie nadając mu nowych, na poły symbolicznych i magicznych atrybutów. 


To moja próba, próba odnalezienia się, próba urealnienia. Będę pisać


Moje życie to ciągłe dążenie do szczęścia. Od kiedy pamiętam w dniu moich urodzin dmuchając świeczki, życzyłam sobie, by być szczęśliwą. Nie chciałam pieska, kotka czy gwiazdki z nieba-tylko przyziemne „osiągnąć szczęście”. Lecz myślę, że łatwiejsze już byłoby zapakowanie zbudowanej z energii kuli do różowego pudełeczka z napisem „dla córci od mamusi i tatusia”, niż dojść  do stanu jakiego oczekiwałam.  

Już w liceum zaczęłam się zastanawiać czy kiedykolwiek w życiu byłam naprawdę szczęśliwa. Czy były jakieś momenty, które wspominałabym ze łzami w oczach i do których wracałabym myślami w pochmurne dni. Lecz zawsze z tej prowizorycznej retrospekcji wnioskowałam, że cały mój krótki żywot osnuty jest cieniem. Czy wynikało to z mojego braku zaufania do ludzi, czy z negatywnego nastawienia- nie wiem, ale myśli te sprawiały, że było coraz gorzej. Sama się nakręcałam- momentami, kiedy już było lepiej, jedna nagła myśl zmieniała mój uśmiech w niewyraźny grymas. Nie przyjmowałam pomocy, zawsze do wszystkiego musiałam dojść sama, co zresztą we mnie zostało. 

Zaczęłam żyć tak by zapomnieć o nieszczęściu. Czyli jak? Imprezy, alkohol, narkotyki. To były czasy! Po wypiciu butelki wódki, zapominało się o tym kim się jest i przede wszystkim, że życie jest takie rozczarowujące. To były czasy przywdziewania maski obojętności i szaleństwa. Lecz nawet maska spadała gdy kładłam się do łóżka i próbowałam nie myśleć o tym co robiłam poprzedniego wieczora. Serce mi biło mocno, a twarz oblewał rumieniec wstydu. 

Pytania „Kim ja się stałam?”, „W którym momencie się zatraciłam?”, „Co jest ze mną nie tak?” przycichły w ostatniej klasie. Powiedziałam sobie „ Jesteś kimś więcej, zakończ wszystkie hańbiące znajomości, znajdź kogoś kto cię zrozumie”. Nie było łatwo. Okazji było mnóstwo, lecz po pewnym czasie zawsze każdego odtrącałam wykrętnymi frazesami. Wszyscy byli gotowi zmierzyć się z moimi problemami, ale ja nie byłam gotowa się nimi dzielić. Wtedy właśnie też poczułam, że pisana jest mi samotność. Nauczyłam się z nią żyć- rozmawiać z innymi, lecz nie liczyć na nic więcej, na porozumienie dusz.  Było mi źle. Nawet gdy coś wydawało się już iść dobrym torem, zawsze los miał inne plany. Nie z mojej winy wszystko rozpadało się niczym domek z kart. W końcu przestałam dokładać kolejne karty i zatrzymałam się na etapie rozrzuconej talii.

Dużo zmieniło poznanie jednej osoby. Poznanie to złe słowo, gdyż nasza znajomość rozpoczęła się rok  wcześnie. „Rozwinięcie znajomości” z pewną osobą- tak będzie lepiej. Niewinne przygotowywania do matury, wypady do baru. Przy nim- ambitnym, uzdolnionym, zupełnie innym niż ja, pełnym witalności i chęci działania, zapominałam o sobie i zamieniałam się w słuchacza. Z każdym zdaniem stawał mi się coraz bliższy i jak się okazało -bardziej podobny do mnie niż mi się z początku wydawało. Nasze przemyślenia, działania, pasje- to wszystko sprawiło, że krok po kroczku byliśmy coraz bardziej ze sobą związani. Było dużo wątpliwości i obaw lecz postanowiłam spróbować. Początkowo byłam jak niemowlak, który uczy się chodzić, lecz z czasem nauczyłam się biegać, skakać i robić fikołki. Zostałam wyrwana z letargu jakim było całe moje dotychczasowe życie i mogę się nazwać szczęśliwą. Co prawda problemy nadal są, wciąż płaczę czasami i nie wiem co ze sobą zrobić. Czasami żałuję, czasami chciałabym cofnąć czas. Lecz każda chwila, którą mogę spędzić w jego obecności, sprawia, że czuję się inną osobą- osobą szczęśliwą. Tak więc, raczej nie mogę już liczyć na gwiazdkę z nieba. 

Co teraz zamierzam? Zainspirowana, trochę szczęśliwa będę realizować swoje pasje. Będę pisać i tworzyć sztukę. I będę się tym dzielić.